Kategorie: Wszystkie | Kobieta
RSS

Kobieta

niedziela, 20 maja 2012

  Pełnoletnia poszła do pracy w niedzielę. Pracuje jako kelnerka w barze-pizzerii na naszej dzielnicy.

 Jakieś dwa lata temu poszła na pizzę z koleżanką i zapytała przy okazji właściciela, czy nie potrzebuje kogoś do pomocy. Nie na pełny etat, bo przecież się jeszcze uczy. Właściciel początkowo odmówił, ale na wszelki wypadek zostawiły numery telefonów. Nie musiały długo czekać, bo po jakiś dwóch tygodniach obie dostały telefony, że jest dużo pracy i potrzebna pomoc.

 Więc Pełnoletnia chodzi do pracy (tak mówi!!!) w sezonie komunijnym, obsługuje wesela, chrzty, a nawet w tygodniu to i stypy. Właściciel, skądinąd mi znany, bardzo ją lubi i ceni, a nawet, co mi się już nie podoba, zaczyna przerzucać zbyt dużo obowiązków. Przez jakiś czas sama obsługiwała np. małe wesele i osiemnaste urodziny, a także przyjmowała zamówienia telefoniczne na pizzę.

 Jest osobą kontaktową i ogólnie ludzie ją lubią, więc zaprzyjaźniła się z kucharkami, panem od zaopatrzenia i sklepikarzami wokół baru. Widzę, że się jej to bardzo podoba.

 Przez okołomaturalny czas musiała odmawiać propozycji pracy, ale dziś poszła, mimo że został jej jeszcze jeden egzamin – prezentacja z polskiego, ale to dopiero we wtorek. Zresztą jest już w miarę przygotowana na tę okoliczność, przynajmniej tak mówi.

 Koleżanka, co to z nią na początku pracowała nie sprawdziła się i właściciel nie prosi jej do pracy. Natomiast dziś, prawdopodobnie będzie pracować z nową dziewczyną, mniej więcej w jej wieku. Bardzo dobrze, bo dziś dwie komunie do obsłużenia.

 Ogólnie przychodzi zadowolona z pracy, ale zdarzają się i przykrości. Na szczęście Pełnoletnia należy do tych osób, co nie celebrują niesympatycznych zdarzeń. Na przykład na weselu jedna z podpitych zazdrosnych o urodę pań, syknęła jej przez zęby, żeby nie mówiła za każdym razem, kiedy podaje talerze z jedzeniem ,,proszę”. Dziwne, nie? Ale to jest to, co bardzo lubię – niemożliwa do opanowania zazdrość.

 Właściciel otworzył nowy bar i restaurację. Wstępnie zaproponował Pełnoletniej pracę w sezonie wakacyjnym. Zobaczymy jak to wyjdzie. A i Pełnoletnia coś krzywo się uśmiecha na myśl, że całe wakacje przed studiami... Nie wtrącam się, niech sama decyduje. W końcu Pełnoletnia jest już od roku pełnoletnia...

 


 

 

sobota, 19 maja 2012

  Ryczące czterdziestki – pas wód oceanicznych biegnący nieprzerwanie wokół południowej półkuli, w przybliżeniu pomiędzy 40° i 50° szerokości geograficznej południowej, wzdłuż którego wieją stałe, wiatry zachodnie, o bardzo dużej prędkości, będące powodem częstych sztormów...  Obszar ryczących czterdziestek od dziesięcioleci budził respekt marynarzy, ale był równocześnie wyzwaniem i próbą charakteru...

 Dlaczego ten temat? Oczywiście inspiracją był wpis blogowy, który poruszył pewną strunę...

 Każdy wiek ma swoje walory, plusy i minusy. Nie chcę się rozwodzić nad każdą wiekową dziesięciolatką, ale...

 Kobieta po czterdziestce jest już kobietą dojrzałą, z uregulowanym trybem życia. Dzieci nie absorbują już tyle uwagi, jak jeszcze kilka lat wcześniej, a wręcz przeciwnie latorośle chcą więcej niezależności i mniej kontroli. Mąż już znany, albo dopiero poznawany, bo wcześniej czasu na to nie starczało, albo mąż całkiem nowy. Wszystko zależy...

 Z reguły to w tym wieku rozpoczyna się droga awansu zawodowego i można poświęcić tej sferze życia więcej czasu i energii. 

 Ryczące czterdziestki to nie płaczące, wiecznie nieszczęśliwe, zaniedbane kobiety. To nie też panie, które wyrwały się z kieratu domowego i hulają po barach. Też nie wiecznie krzyczące na swoich bliskich i ustawiające domowników po kątach.

 Ryczące czterdziestki, to kobiety które wiedzą już sporo o życiu, znają swoją wartość i potrafią się w tym wszystkim odnaleźć. Nie oczekują już księcia z bajki, który wyrwie je z życiowego marazmu i będą już od teraz wiodły życie lady Glenkory Palliser. Nie ma takiej potrzeby, bo to wcale nie takie fajne.

 Dojrzałość polega na tym, aby dostrzegać to, co jest dobre w tym, co już mamy. Można w tym wieku się zakochać. Nawet na nowo w swoim starym mężu. Czemu nie?! Nawet powiedziałabym, że jest to wskazane. Jak miło patrzeć na dojrzałe małżeństwa idące za rączkę i patrzące w jednym kierunku. A podobno dobry związek powoduje to, że małżonkowie upodobniają się do siebie fizycznie. Coś w tym jest!

 Kobiety w tym wieku przykładają większą wagę do swojego rozwoju. Mają czas na dobrą książkę, film, częściej chadzają do teatru, do kina. Dbają też o sferę fizyczną i seksualność.

 Co jeszcze ciekawsze, to że w tym wieku odkrywa się walory kobiecych, dojrzałych przyjaźni i znajomości. Często można spotkać grupy kobiet, które spędzają ze sobą miło czas przy kawce. Ja osobiście cenię sobie spotkania z koleżankami, dyskusje na temat obejrzanego koniecznie filmu.

 To w tym wieku kobieta w końcu wie, jak powinien wyglądać i zachowywać się ma atrakcyjny, przystojny facet.

 Tak więc, ryczące czterdziestki to kobiety, które budzą respekt, ze względu na swoje doświadczenie życiowe, ale są też jak ta strefa sztormów, bo często nie można za nimi nadążyć...


 




piątek, 18 maja 2012

  Dziś zakończyła się jedna kontrola, a na wtorek zapowiedziała się następna. Czy oni powariowali?

 Wg jednej z teorii socjologicznej tworzymy procedury postępowania, aby uniknąć niepewności. Wysokość poczucia zagrożenia jest skorelowany z tym, że próbujemy szczegółowiej opisać prawidłowość postępowania w każdej sferze życia.

 Samo życie też jest sformalizowane. Akt urodzenia, po drodze świadectwa chrztu, szkolne, bierzmowania i inne. Składamy i podpisujemy przysięgę małżeńską, a na koniec pozostanie po nas akt zgonu. Doczesne szczątki i... papier!!!

 Polacy lubią procedury, regulaminy, instrukcje. Codzienność wymaga przestrzegania reguł, a nieprzestrzeganie ich zagrożone jest karą finansową, albo czymś gorszym jeszcze, czyli np. dezaprobatą społeczną albo zachmurzonym czołem szefa i brakiem perspektyw rozwoju zawodowego w najbliższej przyszłości.

 Jakie życie byłoby prostsze, gdyby te sformalizowane zasady gry były troszeczkę dostępniejsze dla zwykłego zjadacza chleba. Takie bardziej czytelne, mniej pokrętne.

 Ale przecież nie byłoby wtedy kontroli!!!



 Kilka aforyzmów znalezionych w necie. Mnie najbardziej podoba się prawo i zalecenie Scotta.

Prawo Conwaya. W każdej organizacji jest jedna osoba, która wie o co chodzi - należy ją natychmiast wyrzucić!
Prawo Scotta. Wszystko co idzie źle, sprawia wrażenie, że idzie dobrze.
Prawo Corpsa. Ilość wykonanej pracy jest odwrotnie proporcjonalna do czasu spędzonego w biurze.
Prawo Robinsona. W biurokracji awansuje się za działalność, a nie za wyniki.
Zasada Wingera. Jeżeli coś znajduje się na twoim biurku przez 15 minut, stałeś się ekspertem w tej dziedzinie.
Prawo Dowa. Dla każdej hierarchii prawdziwe jest twierdzenie, że im wyższy szczebel tym większy chaos.
Prawo Hendricksona. Jeśli jakiś problem jest przyczyną wielu posiedzeń, to w końcu posiedzenia te stają się ważniejsze od samego problemu.
Zasada Falklanda. Kiedy nie ma potrzeby podejmowania decyzji, jest potrzeba nie podejmowania decyzji.
Wniosek Johna. Aby otrzymać pożyczkę najpierw musisz udowodnić, że jej nie potrzebujesz.
Prawo instytucji. Bogactwo wystroju drzwi frontowych biura, zmienia się odwrotnie proporcjonalnie do wypłacalności firmy.
Zalecenie biurowe Scotta. Nigdy nie poruszaj się korytarzem biurowca bez kartki papieru w ręku.
Prawo Lyncha. Jeśli sprawy zaczynają iść źle... wszyscy wychodzą.
Prawo Evansa i Bjorna. Jeśli coś poszło źle, to na pewno był ktoś, kto mówił, że tak będzie.
Prawo Van Herpena. Rozwiązanie problemu leży w znalezieniu osób, które umieją go rozwiązać.
Prawo Wienera. Wszystko jest możliwe do zrobienia dla osoby, która nie musi tego robić.
Hipoteza Mollisona. Jeżeli projekt zostanie zatwierdzony przez biurokrację, to nie jest wart wykonania.



21:09, 40-latka , Kobieta
Link Komentarze (4) »
wtorek, 15 maja 2012

 Pamiętacie jak pierwszego września zaraz po przyjściu po inauguracji roku szkolnego obiecywaliśmy sobie, że w tym roku to już na pewno wezmę się solidnie za naukę. Będę systematycznie zaraz po przyjściu ze szkoły odrabiać pisemne zadania, a po obiedzie przygotowywać się z trzydniowym wyprzedzeniem. W książkach do historii ważne daty zaznaczać, a zadania matematyczne, chemiczne i fizyczne wszystkie jak leci rozwiązywać. Uczyć się pilnie przez całe ranki....

 A na czym się kończyło. Zakuwanie z nie bardzo lubianych przedmiotów dzień przed klasówką, a z tych co człowiek był dobry, to już wcale. I tak to z nami jest. Oczywiście były kujony, co to ze wszystkiego byli dobrzy, ale ja nie o tym...

 Rok temu było uroczyste otwarcie specjalnie zaprojektowanego skweru, co go mijam codziennie od poniedziałku do piątku, a czasem i w soboty. Był prezydent miasta, przedstawiciele firm sponsorujących, dziennikarze, miejscowe szyszki i zaproszeni ważni. Była telewizja i wywiady, były pięknie napisane i zilustrowane artykuły w prasie lokalnej. Szum i blichtr.

 Fakt. Skwer pięknie wyszykowany. Nowe ławeczki, stoliki do gry w szachy, nawet kamień z wypisanymi nazwiskami sponsorów.  Tuje, róże, specjalna trawa, co to nie poddaje się tak szybko zadeptaniu przez dzieci i dorosłych zresztą też. Proszono lokalną społeczność o dozór nad wspólnym dobrem, o zwracanie uwagi na najmniejsze oznaki wandalizmu.

 Tak pięknie było, ale już nie jest. Idę tą samą drogą i co ja widzę? Niektóre, chyba te co ładniejsze tuje prawdopodobnie u kogoś na ogródkach. Róże przegrywają o dostęp do światła z tą specjalną trawą. Pieski robią swoje, a ich właściciele to co do tej pory, czyli mają gdzieś dobro wspólne. Stoliki służą społeczeństwu, a jak! Tyle, że nie do gry w szachy, a raczej, jak by to ująć... w celach towarzyskich. Ławki zresztą nie okupują zmęczeni, ani chcący podziwiać te róże, co to ich nie widać, a raczej... trunkowi koneserzy.

 I tak to jest. Na początku szum i wielkie słowa, a potem czas pokazuje, że z tych postanowień mało co zostaje.




poniedziałek, 14 maja 2012

  Nie, to żadna krwawa zemsta... Chodzi o pieniądze. Ale nie o zarobione ciężką pracą. Nie odpuszczę pieniędzy fiskusowi!!! I jeszcze za to nie zapłacę!!! Serce by mnie chyba rozbolało, gdybym miała iść do biura rachunkowego i dać komuś moje pieniądze. No dobrze, ale do rzeczy...

 Każdy budujący, remontujący w Polsce wie co to WZM. A jak nie wie, to niech się dowie, bo nie można odpuścić fiskusowi. Już w pierwszym roku, nie podarowałam i złożyłam wniosek o zwrot VAT budowlanego. O nie, nie będzie nikt na mnie zarabiał i sama rozgryzłam o co cho. Co prawda musiałam Rodzonego prosić o pomoc w przetłumaczeniu z polskiego na nasze, czyli co te budowlane nazwy znaczą, bo przecież ja kobieta jestem i na jakimś tam żargonie budowlanym się nie znam, ale wspólnymi siłami dokonaliśmy dzieła. O nie jest to prosta sprawa, o nie!!!

 Jak już wpadliśmy w rytm, to prawie co roku składamy i odzyskujemy mniejsze, większe, ale należne nam pieniądze. Mało tego, parę razy pomogłam znajomym, a wieść gminna poniosła, że ogonić się nie można do dziś.

 W tym roku też nie podaruje, ale ci tam... no wiecie, tak skrócili listę możliwości odliczenia, że mało co się kwalifikuje. Jakby nie było... zawsze oni górą...



 




17:39, 40-latka , Kobieta
Link Komentarze (4) »
niedziela, 13 maja 2012

  Jak to w TV ładnie wszystko wygląda. Przygotowane wypowiedzi, dane statystyczne na tę okoliczność opracowane, elegancki ubiór i odpowiednio ważne opisy stanowisk i tytułów naukowych kolejno wypowiadających się osób. Gdybym nie wiedziała jak jest naprawdę, to ze stu procentową pewnością uwierzyłabym w te bajki.

 Oglądałam z samego rana program w telewizji regionalnej o specjalnej strefie ekonomicznej w moim mieście. Wygląda na to, że jest nadzwyczaj dobrze. To dlaczego w rzeczywistości nie jest?

 Pani wiceprezes przypisała nowemu zarządowi sukcesy poprzedniego, odwołanego w sposób delikatnie mówiąc ,,polityczny”. Nie mówię, że ten działa źle, ale tamten też nie działał w jakiś rażący sposób na niekorzyść strefy. Cóż, wiadomo o co chodzi!

 Dyrektor tejże strefy zachwalał, ile to miejsc pracy powstanie, ile nowych firm ma zamiar umieścić swoje inwestycje w strefie. Zagranicznych i polskich. Wszystko się zgadza, tyle że nie wygląda to tak różowo, jak przedstawił to redaktor. Ale autentycznie, wyglądało to na towarzyskie adorowanie jakiegoś sukcesu, który faktycznie istnieje, ale nie w takim stopniu, aby takie peany serwować.

 Po pierwsze. Owszem strefa się rozwija, ale ile lat stała w miejscu! Żadne korzyści podatkowo-finansowe nie skłaniały firmy do boomu inwestycyjnego. I nie były to czasy kryzysu, który to tłumaczy wszelkie błędne posunięcia decydentów. Na ten przykład, dopiero niedawno ukończono drogę umożliwiającą transport w dalekie trasy. Przecież wiadomo, że logistyka jest w przedsiębiorstwach produkcyjnych kluczowa. Mało tego, do dnia dzisiejszego nie ma obwodnic miasta, a tiry jeżdżą po drogach gminnych i powiatowych z odpowiednią prędkością! Wyobrażacie sobie puścić dziecko do szkoły poboczem, a po drodze mija je kilkanaście tirów. Coś tu jest nie tak!

 Po drugie. Inwestycje prowadzone są w innych miejscach, miastach, nawet województwach, niż było to w intencji założycieli strefy. Ja rozumiem, że lokalizacja musi być atrakcyjna. Ale znowu zatracono to, po co powstała ta inicjatywa. Czy zawsze musi chodzić o pieniądze? A gdzie w tym wszystkim ludzie?

 Po trzecie. Nie zadbano o to, aby przekwalifikować ludzi. Co z tego, ze powstają nowe zakłady, jak ściągają ludzi z innych regionów Polski, bo nie ma fachowców na miejscu!!! Uważam, że wszystkiemu są winni włodarze miasta. Dlaczego nie powstają, nie dofinansują już istniejące inicjatywy lokalne, promujące np. zmianę zawodu, przekwalifikowanie, albo zdobycie kilku fachów? Przecież o to chodzi, aby być konkurencyjnym na rynku pracy. No dobrze, powie ktoś, że ludzie sami powinni o to zadbać. Prawda. Ale trzeba spojrzeć na to z innego punktu światopoglądowego. Ludzie ci początkowo latami byli przeświadczeni, że pracy jest dostatek, a jak jej zabrakło, to że państwo ma dać na utrzymanie. I tak jest, i tego się w tym starym pokoleniu postkomunistycznym nie zmieni. Młode pokolenie jest uczone ,,wyścigu szczurów”, ale za to tracą na tym wiele, bo po ukończeniu studiów, każdy dawny kolega staje się potencjalnym rywalem na stanowisko pracy. Chore, nie?

 Ktoś powie, ale są kursy w urzędach pracy. Owszem są. Tylko, kto chce przyjąć panią, która ukończyła kurs komputerowy? Co ona innego umie? Sam kurs nic nie zmienia w jej atrakcyjności jako potencjalnego pracownika. Albo kursy księgowych! Przecież po kursie nikt nie staje się księgową! Aby być księgową w firmie trzeba oprócz wykształcenia kierunkowego, kilkuletniego doświadczenia na tym stanowisku. Nie ma inaczej.

 Dlaczego nie ma doszkalających, intensywnych kursów techniczno-zawodowych, a samo szkolnictwo nie zmienia się na potrzeby rynku pracy. Przecież w nowo powstałych firmach potrzebni są elektrycy, mechanicy, spawacze itp. Dlaczego tacy fachowcy od ręki dostają pracę, a nawet trzeba ich szukać poza granicami działalności strefy?

 A nowe firmy, które powstają, nawet azjatyckie? Oni chcą ludzi, nawet na najniższych stanowiskach, z umiejętnością porozumiewania się w języku angielskim! Jakieś dziwadło! Po co pani sprzątającej (z całym szacunkiem, nie chcę tu nikogo obrazić, ale ukazać paradoks sytuacji) angielski w pracy! Poza tym, jak umie po angielsku, to w Anglii siedzi, a nie będzie za grosze w polskiej rzeczywistości zasuwać.

 Po czwarte. Z moich obserwacji wynika, że tylko jedna firma w strefie wzięła sobie poważnie cel, dla którego powstała. Chodzi o aktywizację społeczną. Nie tylko w sferze bezrobocia, ale chodzi o takie inicjatywy lokalne, aby poruszyć ludzi z marazmu towarzyszącemu wysokiemu bezrobociu. Firma ta działa na terenie miasta. Organizowane są różnego typu akcje społeczne, mające na celu zintegrowanie się ze społecznością lokalną. Ale to tylko ta jedna, a reszta?

 Reszta tylko zyski liczy. Jak się nie doliczy, to działalność do nowych państw-członków UE przenosi, bo tam tańsza siła robocza. Nawiasem mówiąc, fakt - tańsza, ale jakość tej pracy mizerna. O czym przekonała się pewna firma, która takie posunięcie taktyczne zrobiła i miała mnóstwo reklamacji i cześć produkcji zmuszona była cofnąć na teren Polski.

 Tak właśnie wygląda rzeczywistość, a programy telewizyjne mają tę przewagę, że nie można z nimi dyskutować!!!



12:16, 40-latka , Kobieta
Link Komentarze (4) »
sobota, 12 maja 2012

  We wczorajszym wpisie wspomniałam już, że są takie filmy, książki, ustnie przekazywane opowiadania, że pozostają w pamięci bardzo długo. Nie muszą to być pozycje katastroficzne, horrory, thrillery, ani też romanse, ale takie, które z jakiś przyczyn, może znanych tylko czytelnikowi, zapadają głęboko w pamięć.

 Dziś o filmach chciałabym wspomnieć, bo o pozycjach książkowych i przekazach ustnych będzie w innym terminie.

 Prawie każdy ,,cywilizowany człowiek współczesny” ma w domu odbiorniki, które pozwalają na oglądanie sfilmowanych historii prawdziwych i tych z gatunku fikcji naukowych. Jesteśmy zalewani pozycjami, które często faktycznie warto obejrzeć, ale są i takie, które można zaliczyć do grupy beznadziejnych. A do tego dochodzą filmy zapisane (legalnie lub nie!) na nośnikach cyfrowych, albo celowo ściągane z Internetu. Ale nie o tym...

 Pamiętam, że jako młoda dziewczyna bardzo często oglądałam do późna w nocy filmy, które w tamtych czasach określane były jako niestosowne dla nastolatek. I nie chodzi tu o erotykę, ale o coś więcej. Dziś te filmy są wyświetlane wcale nie tak późno i nikt się temu nie dziwi. Ale ja już trochę różnych, dziwnych czasów przeżyłam.

 Pamiętam film, o którym dyskutowałam dzień później z moją już nieżyjącą nauczycielką języka rosyjskiego (tak, tak, wtedy obowiązkowego i... przez młodzież nielubianego). Chodzi o film z 1981 r. ,,Kobieta samotna” Agnieszki Holland. W rolach głównych grają Maria Chwalibóg i Bogusław Linda (wtedy jeszcze nie tak znany), a także Jerzy Trela.

 Jest to opowieść o próbie wzniecenia wielkiej miłości dwojga życiowych rozbitków. Ona – niemłoda listonoszka, wychowująca samotnie syna, on – samotny kaleka. W tle proza życia, walka o przetrwanie do pierwszego, pijący, awanturujący się były mąż, wścibscy i nieprzychylni sąsiedzi, którzy chcą, aby kobieta wyniosła się z mieszkania. Do tego obdrapane kamienice i klatki schodowe, szare, brudne ulice, zmęczone twarze ludzi dojeżdżających codziennie wiele kilometrów do pracy. Ale tak prawdę mówiąc, to tak wyglądały polskie ulice w tamtych czasach.

 Film wywarł na mnie wrażenie, dlatego że jak się później okazało, a wcześniej nie znałam, reżyserowała go Agnieszka Holland. Lubię jej filmy, rozumiem jej tok myślenia (przynajmniej tak mi się zdaje). Ale też przemawia do mnie jej specyficzna forma wyreżyserowania całości obrazu filmowego. Celowo piszę obrazu, bo jej produkcje trzeba obejrzeć w całości, aby zrozumieć, to co chciała przekazać. Poza tym są tam małe, subtelne wątki, które nadają specyfiki, nie każdemu zrozumiałej, charakterystycznej dla filmów Agnieszki Holland.

 Film mroczny, ukazujący beznadziejne położenie dwojga walczących z samotnością ludzi i próba... pokochania, życia u boku kogoś, połączenia sił i wspólne stawianie czoła życiu. Film kończy się oczywiście tragicznie dla wszystkich bohaterów tej opowieści.

 Ciekawa jestem jakie filmy wywarły na Was wrażenie, do tego stopnia, że pamiętacie je do dziś?



piątek, 11 maja 2012

 Nie urlopowy weekend tym razem, ale wolne od blogowania. I nie z przyczyn losowych, a jak najbardziej zamierzony. Dlaczego???

 Jak coś się staje pasją, a być może blogowanie, poznawanie ludzi w innym, dopiero co poznawanym wymiarze, nowe znajomości, ale nie z imienia i nazwiska, do takiej będę mogła zaliczyć, to trzeba się temu przyjrzeć. Nieprawdaż?

 Ludzkie reakcje na nowe zjawiska mogą mieć charakter emocjonalno-krótkotrwały, analityczno-systematyczny, albo mieszankę tych dwóch. Moje podejście należy jak najbardziej do tej trzeciej możliwości. Serce, a nawet umysł śpieszy się, cieszy nie wiadomo czym, a rozsądne ,,ja” myśli sucho, beznamiętnie.

 Tak więc, znając swoje wady i zalety należy (a właściwie, to można - jak kto chce) każde nowe zjawisko zbadać pod kątem swoich własnych reakcji. Ja takiej analizy dokonuję i tym razem. Na ile to moje wywnętrznianie jest mi potrzebne, na ile staje się pasją, a na ile jest mi to zbędne i uciążliwe?! Z tego też tytułu zrobiłam sobie długi weekend od blogowania, aby przyjrzeć się temu zjawisku.

 Pewnie chcielibyście usłyszeć wnioski. Otóż nie zadowolę nikogo, bo ja sama żadnych nie wysunęłam. Co to za naukowe badanie, a i brak wyników do tego? – pomyśli jakiś Mózg. Ano tak wyszło, a badania muszą się przedłużyć na okres jakiś tam...

 Dlaczego o tym piszę?

 Obejrzałam amerykański thriller psychologiczny w reżyserii Darrena Aronofskyego ,,Czarny łabędź” z Natalie Portman w roli Niny, początkującej primabaleriny (grała małą Matylda w ,,Leon Zawodowiec”). Film, który należy do tych, które pozostają długo w pamięci, a i targają bezlitośnie myślami przed zaśnięciem.

 Młoda baletnica dostaje życiową szansę na dołączenie do zespołu ,,Jeziora łabędziego”. w dodatku jest kandydatką do zatańczenia głównej roli. Jej umiejętności i delikatna natura usposabia do objęcia roli Białego łabędzia, natomiast do zatańczenia Czarnego potrzebne jest ,,zatracenie”. Tego Ninie brakuje. Pod naciskiem mistrza nowa primabalerina przechodzi przemianę i psychologiczną traumę. Rzeczywistość miesza się ze sztuką, a sama Nina przemienia się w...

 Co to ma wspólnego z blogowaniem? Ano ma. Chodzi o to, aby nie zatracić zdrowego rozsądku...



 




piątek, 04 maja 2012

 Czas wracać do pracy po wymuszonym, niezaplanowanym urlopie. Oj, jak boli! Czas przygotować ciało i duszę do wytężonej pracy - pewnikiem czeka ona do przerobu. Co prawda, koleżankę z całym tym barłogiem bezlitośnie i samolubnie zostawiłam, ale terminy odzywają się w pierwszej dziesięci miesiąca, więc mnie, chciał - nie chciał dopadną, jak nic! Nie ma to tamto, chleb po osiem, czyli po 2,30 zł w mojej piekarni i trza na niego ciężką pracą zasłużyć.

 Pozwoliłam sobie w tym sezonie gorąco-urlopowym lekarzy pozałatwiać. Tzn. nie lekarzy, bo żaden ze mnie killer, a wizyty u wspomnianych. Bardzo lubię chodzić do lekarzy!!! Oj, jak bardzo!!! W tym sęk, że takie wizyty zmuszona jestem składać kilka razy w roku, a to i tak dla mnie za dużo. Czasem kilkanaście, ale to jak mnie co innego, niż moje chorobowe utrapienie dopadnie.

 Do niedawna sprawę telefonicznie można było załatwić, bo przecież mnie chodzi o receptę na leki, co to je do końca życia będę brała. Ale już nie ma wygody takowej. Trzeba się zarejestrować, swoje w poczekalni z chorymi na grypska i inne prątkujące odsiedzieć i poprosić o wypisanie recepty. Dziwnie jakoś, bo ja z tych wszystkich bolejących, to najkrócej jestem w gabinecie, bo się nawet rozbierać nie muszę. Oj, zabrzmiało jakoś perwersyjnie!

 W przychodni różnie tłoczno, w zależności od sezonu. W długim weekendzie, to i nie bardzo.

 Któregoś razu w takie gorąco pojechałam, a tam cisza. Nikogo ani widu, ani słychu. Wylazła tylko rejestratorka zdziwiona, że jednak ktoś się zjawił, a tym samym nad wodą się nie opala. Ale mnie wtedy obawy o stan mojego serca dopadły, bo objawy przedzawałowe położenie sugerowały. Tak mi się wydawało. Okazało się, że te objawy rzekomo przedzawałowe, to od zmian zwyrodnieniowych odcinka piersiowego kręgosłupa były. A lekarz zanim diagnozę postawił, to się zmartwił. Osobiście EKG zrobił, ciśnienie zmierzył. W końcu byłam jedyną pacjentką w całej przychodni. A te bóle kręgosłupa, to od siedzącej pracy biurowej!

 No więc, polazłam ja do doktora. Siedzi trochę pacjentów. W poczekalni takiej, to z nudów można książkę poczytać, smartfonem pobawić albo tak jak ja, badania socjologiczne prowadzić. O, jakie wnioski można wysunąć.

 Pani jedna zdenerwowana, trzyma w ręku wypis ze szpitala. Pan skądinąd znajomy, też dziwnie wierci się na przychodnianym krzesełku. Przepycha się i reprymendę od pani dostaje, bo nie kolej jego jeszcze na wejście do lekarskiego gabinetu. Pomylił się chłopina. Później się Rodzonego dopytałam, to okazało się, że chłopina ów, to były sąsiad z naprzeciwka. Zapomnieć miałam prawo, bo to osiemnaście lat temu było. Zresztą przystojny nie jest, to się w pamięć wizerunek nie wbił.

 Sprawę załatwiłam połowicznie. Recepta wypisana, ale przepisana mniejsza ilość tabletek niż chciałam. Więc w czerwcu muszę ponowić wizytę. Bo przecież tak to lubię!!!

 Tak więc urlop zaliczam do udanych. Pełnoletnia maturę zdaje, Młody egzaminy gimnazjalne ma za sobą, na wyniki niecierpliwie czekamy. Ja do pracy!!! Żeby zachować równowagę w przyrodzie.

 To do poniedziałku, albo wtorku, albo... nie wiem...





  Opowiem jak zdawałam egzamin maturalny. Może wpis wykasuję, bo wstyd się przyznać, ale na polski poszłam... na kacu. O rany!

 Nie to, że ja jakaś pijąca byłam, wręcz przeciwnie. Nieświadoma byłam, na ile mogę sobie pozwolić, bo doświadczenia w tej materii nie miałam. Ot, od czasu, do czasu jakieś piwo z wujkiem, czy kuzynem na pół, szampana na sylwestra... i to wszystko.

 Tak się złożyło, że dzień wcześniej byliśmy na Komunii św. chrześniaka mojej Mamy. Komunia jak komunia, po polsku, czyli z rozmachem. Poszłam tam, bo wypadało być, ale myślałam, że skończy się na kościele, a później pójdę sobie przecieki wyczajać. Nic z tego. Matka chrześniaka ani dopowiedzieć mi nie dała, uparła się i musiałam na przyjęcie pójść.

 Przyjęcie tradycyjne, czyli po polsku. Najpierw obiad z rosołem i domowym makaronem, schabowy z kapustą itd. Potem torty, ciasta i... alkohol musi być! W końcu komunia św.!

 Chrześniak prezenty rozpakował i... szurnął na podwórko. A ja siedziałam obok jego ojca. Tak jakoś mnie usadowiono. I była to dla mnie niekorzystna, niefortunna lokalizacja, bo ojciec chrześniaka co i róż częstował mnie różnymi trunkami. A że nie miał towarzysza w opróżnianiu butelek, padło na mnie. Wszystko przez komunię...

 Matko, jak przyszłam do domu, to mnie żadne przecieki nie interesowały, jeno tylko przybytek. Mama zmartwiona, że ja się strułam czyś, a jutro matura... Jakoś nie zoczyła, jaki powód moich dolegliwości.

 Następnego dnia wyglądałam jak... ufo. Zielona, zmarnowana, a tu myśleć trzeba. Koleżanki panikują, ostatnie wymiany tematyczne prowadzą, a ja myślę tylko o tym, aby wrócić do domu i do łóżka swego ulubionego, kochanego, najwspanialszego na świecie.

 Napisałam, zdałam... Nawet nieźle poszło, ale w początkowej fazie myślami byłam gdzie indziej. Ale jak się rozpisałam, to zatrzymać mnie nie mogli.

 To były czasy, kiedy wybierało się jeden temat z trzech do wyboru. Pamiętam, że pierwszy i trzeci były do siebie podobne, z romantyzmu chyba. Pomyślałam, że przy mojej ograniczonej percepcji mogłabym coś pokręcić i egzaminator mógłby potraktować pracę jakoż nie na temat. Drugi mi podpasował, ale jak się później okazało, byłam jedyną w szkole, która ten temat wybrała. Dziwne, nie?!

 Tak więc, całe szczęście, że sezon komunijny w tym roku trochę później będzie...



 


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
O autorze
Zakładki:
Drugie moje myśli
Hashimoto
Moje Hashimoto
Ważne i ciekawe
Za miedzą
ŻŻŻ


E-mail








Dodatki na bloga - tonabloga.blogspot.com